Studnia Smaków

Well of Tastes- Blog pewnej Poznanianki


Dodaj komentarz

Zupa dyniowa z mlekiem kokosowym / Pumpkin soup with coconut milk

Dzisiaj mam dla Was dość nietypową propozycję zupy dyniowej, ale za to idealną na sezon jesienno- zimowy. Delikatną, kremową konsystencję i aromatyczny smak zawdzięcza zawartości mleczka kokosowego i czerwonej pasty curry. Najlepiej smakuje serwowana z kwaśną śmietaną lub jogurtem naturalnym oraz świeżą kolendrą. Póki dynie są bez problemu dostępne proponuję zrobić z nich puree i zamrozić. Dzięki temu w zimie przygotujecie z niego pyszną, rozgrzewającą zupę lub wykorzystacie je do wypieków itd.

Składniki:

  • 900 g upieczonej w piekarniku dyni
  • 3 łyżki oleju
  • 45 g czerwonej pasty curry
  • 1 cebula
  • 1 ½ szkl bulionu warzywnego
  • ½ l mleka kokosowego
  • 1 butelka passaty pomidorowej (680 g)

do podania:

  • kwaśna śmietana / jogurt naturalny
  • świeża kolendra
  1. Na patelni rozgrzać olej i zrumienić na nim pokrojoną w kostkę cebulkę. Dodać pastę curry i przesmażyć około 2-3 minut ciągle mieszając.
  2. Dodać pokrojoną w kostkę dynię i wymieszać.
  3. Wlać bulion warzywny, passatę pomidorową. Gotować przez kilka minut.
  4. Następnie należy dodać mleko kokosowe, doprawić solą i pieprzem do smaku.
  5. Odstawić do ostygnięcia, zmiksować.
  6. Powstały krem przetrzeć przez sito.
  7. W razie gdyby zupa była za gęsta można dolać więcej mleka kokosowego lub bulionu. Wszystko zależy od rodzaju użytej przez nas dyni.
  8. Zupę podawać oczywiście podgrzaną, z kwaśną śmietaną i świeżą kolendrą.

Do you like pumpkin? Today I have for you some idea for delicious and simple pumpkin soup. It is perfect for  cold day and freakish weather. The kick of red curry paste is a little bit sett off by soothing coconut milk.  Serve this fragrant soup with fresh coriander and sour cream or natural joghurt.

Ingredient

  • 900 g baked pumpkin
  • 1 onion
  • 3 tbsp oil
  • 45 g red curry paste
  • 1 ½ glass vegetable stock
  • ½ l coconut milk
  • 680 g tomato passata
  1. In large saucepan saute chopped onion until is translucent.
  2. Add red curry paste and fry 2-3 minutes. Stir all the time.
  3. Add chopped baked pumpkin and stir.
  4. Pour vegetable stock and tomato passate. Season with salt and bring to boil.
  5. Cook for 10 minutes and pour the coconut milk.
  6. Leave to cool and blend it. Then press the soup through a sieve. If the soup is too thick add more coconut milk or vegetable stock.
  7. Before serviving bring to boil and season with salt and pepper.
  8. Serve with a saur cream and coriander (cilantro).

Bon Appétit! Smacznego! Enjoy!

Reklamy


Dodaj komentarz

Jabłkowe chipsy / Apple chips

Jesienne, coraz dłuższe wieczory i coraz brzydsza pogoda nastrajają do pozostania wieczorem w domu i do spędzenia czasu np. przy książce. Jedni ten czas wolą spędzić przed telewizorem, inni przy planszówkach czy też przy rozwiązywaniu łamigłówek . Niezależnie od tego co wtedy robimy, to i tak każdy lubi wtedy coś przygryźć. Słone paluszki, chipsy, cukierki, ciastka czy też suszone owoce. Wybór w sklepach jest ogromny. Często te kupne suszone owoce są siarkowane lub z olejem palmowym, dlatego powinniśmy zwracać uwagę na ich skład. Czy jest jakieś inne rozwiązanie? Tak, można je ususzyć w domu. Jeśli nie macie suszarki do owoców i warzyw możecie wykorzystać piekarnik lub starą metodą suszyć owoce na talerzu postawionym na kaloryferze (jest to jednak najbardziej czasochłonna metoda). I chociaż sezon robienia przetworów powoli dobiega końca, to w mojej kuchni unosi się aromat suszonych owoców i warzyw. Jabłka suszę do wigilijnego kompotu z suszonych owoców. Za namową babci skórki z jabłka też suszę i potem w zimie robię z nich rozgrzewający napar z cynamonem, imbirem i cytryną. Jednak najbardziej lubię chrupiące chipsy jabłkowe. Są świetną przekąską na jesienne wieczory. Czasem zabieram je do pracy. Jeśli nie chcecie żeby ściemniały to przed suszeniem wystarczy je zamoczyć w wodzie z sokiem z cytryny. Mi jednak kolor nie przeszkadza, a takie bez cytryny lubię w smaku najbardziej. Czasem urozmaicam je trochę posypując delikatnie cynamonem.

Składniki:

  • jabłka
  • sok z cytryny (ewentualnie)
  1. Umyte jabłka należy pokroić w cienkie plasterki (mogą być ze skórką jeśli lubicie).
  2. Plasterki jabłek poukładać na blaszkach suszarki. Suszyć w temp. 65°C aż będą chrupiące.
  3. Jeśli będziecie suszyć jabłka w piekarniku to należy blachę wyłożyć papierem do pieczenie. Suszyć również w temperaturze 65 °C, ale przy uchylonych lekko drzwiczkach.
  4. Ususzone chipsy jabłkowe przełóż do czystego słoika i zakręć.

I like Autumn for two reasons. First of all because it’ s my birthday season. Secondly I like when leaves start to turn yellow, orange and red. You should believe me that, polish gold Autumn is really beautiful. It’ s perfect time for walking and discover beautiful and colourful places in my city. But… when evenings are longer and the weather is worse and rainy, I want to spent more time at home like other people. In this time I read more book than for example in a Spring. I bet you want to eat some snacks, when you spent time at home by reading books, watching television, playing games etc. Which snacks? Chips? Cookies? Sweets? Oh, come on. It’ s time for self- care. Prepare with me this healthy and delicious snacks! Apple chips are tasty, crispy, natural, without sugar and food preservative.  I know that it is much easier to buy them at the grocery store but home made are better.

Ingredients:

  • apples
  1. Carefully cut apples into thin slices. You can use sharp knife or a mandolin.
  2. Lay apple slices in to the food dehydrator machine. Another way to prepare the apple chips is baking them in the oven.
  3. Sprinkle lightly with cinnamon, if you want.
  4. Bake in the oven or dry in food dehydrator machine in 65°C , until apples are dried and crispy.
  5. Put the apple chips into the jar.

Follow „Well of Tastes” on the Instagram, if you want see polish gold Autumn and more inspiring pictures.

 

Smacznego! Enjoy! Bon Appétit!


Dodaj komentarz

Ja, kapitan

Wszystko zaczęło się w pewien piękny weekend na przełomie września i października kiedy R. pokazał mi w książce dedykację z autografem dla jego mamy od kpt. Tadeusza Wrony. Potem wszystko potoczyło się już lawinowo. Czytałam ją wieczorami i w każdej „wolnej” chwili, a po powrocie do Poznania gdy okazało się, że nie jest dostępna stacjonarnie zamówiłam ją na stronie Wydawnictwa Poznańskiego. O jakiej książce mowa? Oczywiście o „Ja, kapitan”.

Osoby, które obserwują Studnię Smaków na Instagramie wiedzą, że ta książka bardzo mnie wciągnęła. Dlaczego?Ponieważ jest to autobiografia niesamowitego człowieka, który po raz pierwszy w historii wylądował Boeingiem 767 bez podwozia, na Warszawskim Okęciu w 2011 roku. Autor opowiada o swoim życiu, o tym jak rozwijał swoją największą pasję, którą jest lotnictwo. O pokonywaniu trudności i przeszkód jakie pojawiają się w życiu. O tym, że tak naprawdę nigdy nie można się poddawać i należy dążyć do spełnienia swoich marzeń. O drodze jaką przebył od pilota szybowca do pilota największych samolotów pasażerskich, czyli Dreamlinerów. Jego wspomnienia przeplatają zapiski z owego feralnego lotu i manewru lądowania awaryjnego. Nie myślał wtedy o sobie tylko o bezpieczeństwie pasażerów i całej załogi. Dzięki umiejętnościom, opanowaniu i współpracy z załogą wylądował szczęśliwie na warszawskim lotnisku. Co najważniejsze nikt z 231 osób, które były wtedy na pokładzie samolotu nie został ranny. Ciekawym uzupełnieniem są znajdujące się na końcu książki wspomnienia osób z rodziny Tadeusza Wrony oraz dwóch osób, które wracały lotem PLL LOT 016. Kapitan Tadeusz Wrona dnia 7 listopada 2011 roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski przez Bronisława Komorowskiego, ówczesnego prezydenta Polski.

Jeśli interesujecie się lotnictwem lub chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Tadeuszu Wronie to zdecydowanie polecam Wam przeczytanie tej książki. Bardzo dobrze i szybko się ją czyta. Jest wciągająca, więc jeśli zaczniecie  ją czytać to liczcie się z tym, że prędko się od niej nie oderwiecie. 😀

 


Dodaj komentarz

Kokosowa granola / Coconut granola

Chciałabym Wam polecić granolę kokosową. Do jej przygotowania wykorzystałam olej kokosowy, wiórki kokosowe i płatki kokosa. Dzięki temu jest tak naprawdę kokosowa. Pysznie smakuje z jogurtem naturalnym i świeżymi owocami. Można ją także użyć do wzbogacenia kruszonki.Nie raz powtarzałam na blogu, że upieczenie granoli w domu daje nam nieograniczone możliwości. Możemy skomponować taki skład, jaki nam najbardziej odpowiada. Na przykład ja lubię, gdy jest dużo najróżniejszych orzechów i gdy stanowią one mniej więcej połowę granoli. Wiadomo, że w tych kupnych musli nigdy tak nie będzie. To co? Zrobicie? 🙂

Dziś kolejne urodziny Studni Smaków. Dziękuję, że tu zaglądacie. Mam nadzieję, że to co przygotowałam i co pojawi się na blogu w najbliższym czasie Was zainteresuje. 31 sierpnia to także Dzień Blogera. Drogie Blogerki i Drodzy Blogerzy, życzę Wam motywacji i zapału do tworzenia, inspiracji. 🙂

Today I would like to share with you recipe for coconut granola. This granola has a triple dose of coconut: coconut oil, coconut shreds and coconut flakes. Easy home made coconut granola is great with yogurt and fresh berries. I hope you enjoy this granola as much as I do. It’s a good idea for a nice gift. Fill up a jar with granola, add ribbon and some note and you have an easy, cute and tasty gift for your family or friends.

Składniki:

  • 15o g płatków owsianych
  • 50 g orzechów włoskich
  • 50 g orzechów laskowych
  • 50 g słonecznika
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki miodu
  • 30 g wiórków kokosowych
  • garść płatków kokosowych (bez cukru)
  1. Orzechy laskowe i włoskie można pokroić na mniejsze kawałki i wsypać je do miski.
  2. Do orzechów należy dodać słonecznik i płatki owsiane.
  3. W małym garnuszku roztopić olej kokosowy i miód. Dodać je do suchych składników, dokładnie wymieszać.
  4. Wysypać mieszankę na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
  5. Piec w piekarniku nagrzanym do 160 ºC przez 20-30 minut aż do granola nabierze złocistego koloru. Mieszać co +/- 10 minut.
  6. Ostudzić granolę, dodać wiórki i płatki kokosowe. Przełożyć granolę do słoika.

Ingredients:

  • 150 g oats
  • 50 g hazelnuts
  • 50 g walnuts
  • 50 g sunflower seeds
  • 2 tbsp coconut oil
  • 3 tbsp honey
  • 30 g coconut shreds
  • handful of coconut flakes (without sugar)
  1. Mix together oats, nuts, sunflower seeds (you can cut nuts into smaller pieces) in a bowl.
  2. In a small saucepan warm coconut oil and honey and pour over the dry ingredients. Combine well.
  3. Spread the mixture on the baking sheet with bakery paper. Bake for 20-30 minutes until gold. Mix every 10 minutes.
  4. Let it cool and add coconut shreds and flakes.
  5. Place it into the jars.

Bon Appétit! Smacznego! Enjoy!


Dodaj komentarz

Restauracja Serio

Tym wpisem otwieram na blogu nową kategorię #SmakujęPolskę. Jej bohaterami będą restauracje, które odwiedzę w czasie swoich podróży po Polsce i które będą godne polecenia kolejnym osobom. Tak jak pisałam na moim Instagramie dziś pewna restauracja z Gdyni. Jak wiecie byłam tam ostatnio na See Bloggers. Kuzynka ze swoim narzeczonym w czasie rozmowy o planach urlopowych polecili mi restaurację #Serio, która znajduje się w centrum Gdyni, przy ul. 3 maja 21. Nad drzwiami znajduje się charakterystyczny neon z nazwą restauracji, więc na pewno jej nie przegapicie.

Lokal jest duży i przestronny. Jego sercem jest piec, który przyjechał prosto z Neapolu. Przy pizza barze goście mogą obserwować proces powstawania zamówionej przez nich pizzy.  Nowoczesne wnętrze pomimo dość surowego charakteru, dzięki dodatkom i sporej ilości drewna staje się bardzo przytulne. Cytrusowe drzewka w drewnianych skrzynkach na parapetach od razu kojarzą mi się z ciepłymi Włochami. Wzrok przykuwają także efektowane żyrandole z butelek wiszące nad barem. W Serio panuje przyjemna atmosfera. Aż chce się tam przebywać. Idealne miejsce na spotkanie z rodziną czy przyjaciółmi, ale nie tylko.

Piątek, dzień przed See Bloggers. Wielkie plany dotyczące spacerów nad morzem i zwiedzania Gdyni. I co? Całą noc aż do południa lał deszcz. Nie mogłam nigdzie wyjść, więc gdy tylko przestało padać założyłam kurtkę przeciwdeszczową wyszłam z hotelu, kupiłam parasol i ruszyłam w miasto. Na obiad poszłam właśnie do Serio i to był dobry wybór. Ciepła atmosfera rozgrzała serducho. Obsługa jest bardzo sympatyczna, ale nie narzucająca się. Być we włoskiej restauracji z piecem i nie zamówić pizzy? Niemożliwe. Wybrałam Margheritę- pomidory san marzano, mozarella di bufala, bazylia. Mniam! Jedna z lepszych jakie jadłam. Ciasto jest cienkie, chrupiące i pyszne. Dla miłośników lemoniad mam dobrą wiadomość. W menu jest kilka propozycji. Tego dnia zdecydowałam się na grejpfrutową z rozmarynem. Bardzo mi smakowała.

Do Serio wróciłam ostatniego dnia z walizką. Wyszłam wcześniej z See Bloggers by móc zjeść normalnie obiad, pójść na spacer do portu i jeszcze sobie tam posiedzieć. Pogoda dopisała, więc było to bardzo przyjemne popołudnie. Tego dnia wybór padł na makaron, a dokładniej na Cannelloni alla Bolognese. Makaronowe rurki były wypełnione farszem z mięsa mielonego z pomidorami. Na wierzchu beszamel, ser. Tak przyrządzone danie było zapieczone. Makaron był delikatny i co ważne  nie rozgotowany, farsz idealnie doprawiony. Porcja była odpowiedniej wielkości. Najadłam się, ale nie byłam objedzona ( niestety tego typu daniom często takie uczucie towarzyszy, bo są po prostu za tłuste). Do picia zamówiłam lemoniadę z bazylii i limonki. Na koniec poprosiłam o cappuccino. Chwilę jeszcze posiedziałam w tym pięknym miejscu, uzupełniłam notatki i ruszyłam do portu by cieszyć się słońcem i ostatnimi momentami w Gdyni.

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani do tej restauracji to polecam Wam jej profil na Facebook’u. Możecie tam na zdjęciach zobaczyć jak wygląda wnętrze tego lokalu. Na pewno Wam się spodoba. Niestety na wyjeździe nie miałam przy sobie lustrzanki, dlatego nie mam swoich zdjęć. Nie mniej jednak chciałam podzielić się z Wami wrażeniami z tego miejsca.

Jeśli odwiedzicie Serio po przeczytaniu mojego tekstu to podzielcie się na Instagramie zdjęciem. Oznaczcie je #Smakuję Polskę @StudniaSmakow. Dzięki temu będę mogła poznać Wasze opinie i czy się zgadzacie z moim zdaniem.  🙂


Dodaj komentarz

See Bloggers 2017

Cześć! Postanowiłam, że podzielę się z Wami relacją z See Bloggers od razu. Póki wszystko jest „na świeżo”. Zaczęłam ją pisać w pociągu z Gdyni do Poznania. Dzięki temu podróż minęła szybciej. To co? Zaczynamy! [Niestety z przyczyn technicznych publikuję ją dopiero dzisiaj].

To był mój drugi raz na See Bloggers. Rok temu byłam po raz pierwszy i bardzo mi się podobało, dlatego gdy 1 czerwca przyszedł mail z wiadomością, że tym razem też jadę uśmiech nie schodził mi z twarzy. See Bloggers to największe wydarzenie w Polsce odbywające się w Pomorskim Parku Naukowo- Technologicznym, zrzeszające blogerów, instagramerów, youtuberów czyli wszystkich twórców internetowych. 1500 influencerów przyjechało na weekend do Gdyni, żeby zaczerpnąć wiedzy i inspiracji. Poznać offline tych, których do tej pory znali tylko online. Dwa dni pełne prelekcji, paneli dyskusyjnych i warsztatów w strefach tematycznych.

Zarejestrowałam się już w piątek, dzięki czemu uniknęłam stania w długiej kolejce w sobotę. Mogłam rano ze spokojem zjeść śniadanie, wybrać się na plażę i potem pojechać na Festiwal Twórców Internetowych. Gdybym miała opowiedzieć Wam o wszystkich prelekcjach i panelach dyskusyjnych to ten wpis byłby naprawdę bardzo długi. Nie chcę zanudzać, więc opowiem Wam o tych wystąpieniach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Ku mojej radości jako pierwszy występował Piotr Bucki, którego miałam okazję słyszeć po raz pierwszy w trakcie zeszłorocznej edycji See Bloggers. Charyzmatyczny, kierujący się wartościami człowiek. Ktoś na Instagramie napisał, że Piotr przyjemnie masuje mózg. I to jest prawda.  Zawsze skłania do myślenia, także nad sobą. Nie tylko nad sprawami blogowymi. Dzięki Piotr! Za wspomnienie o spacerowaniu również.

Kolejnym świetnym prelegentem był Łukasz Jakóbiak, który na YT ma swój kanał „20m²„. W swojej kawalerce przeprowadza wartościowe wywiady m.in. z aktorami, piosenkarzami czy psychologami. Dlaczego są lepsze od tych, które możemy obejrzeć w TV czy przeczytać w prasie? Bo są naturalne. Gość ma czuć się komfortowo. Zawsze ma prawo do autoryzacji. Znane osoby to także ludzie, którzy mają swoje uczucia i trzeba to uszanować. Merytoryczna i bardzo ciekawa prelekcja. Jeśli jeszcze nie oglądaliście żadnego z wywiadów, czas to nadrobić. 🙂

Radzka, którą oglądam czasem na Instastories w rzeczywistości też jest taką gadułką. 😀 Szybko i treściwie przekazała podstawowe wiadomości, które powinna wiedzieć każda osoba zaczynająca swoją przygodę z Youtubem. Nie jest to łatwa zabawa tylko ciężka praca.

„Czy sukces musi być za wszelką cenę? O tym, czego nie dostrzegają ludzie obserwujący Instagram”. Tak brzmiał temat rozmowy, którą przeprowadziła Agata Jankowiak z Pica Pica z Anną Skurą, autorką bloga What Anna Wears. Był to bardzo wesoły i ciekawy wywiad. Dziewczyny nie mogły się nagadać. 😉 Ania, zdobywczyni Kilimandżaro, biegająca maratony, na korytarzu zarażająca pozytywną energią i uśmiechem na swoim blogu pisze głównie o modzie i podróżach. Opowiadała m.in. o przełomowych momentach w swoim blogowaniu. Pierwszym z nich było rzucenie pracy na etacie i całkowite skupienie się na blogu i projektach. Warto marzyć i pracować nad spełnieniem tych marzeń.

Maja Sablewska, która na scenie głównej była gościem Ani Zając pojawiła się na SeeBloggers z marką Gosh. Aniu, gratuluję Ci mądrego wywiadu o pewności siebie. Maja Sablewska okazała się być osobą lubiącą ludzi, otwartą, sympatyczną. Odnoszę wrażenie, że była to bardzo szczera rozmowa.

Oczywiście z paneli dyskusyjnych też można było wyciągnąć coś dla siebie i warto było ich posłuchać, ale wolałam teraz skupić się na tym, co naprawdę mi się podobało. Brawa dla Wapniaka, który zaoferował pomoc tym, którzy chcą wystartować ze swoim kanałem na Youtubie. Uważam, że organizacja wydarzenia była bardzo dobra. Na korytarzu były stoiska różnych marek, niektóre bardzo kreatywne; zachęcające do najróżniejszych aktywności. Carrefour zadbał o przekąski ze zdrowej półki (zresztą pyszne), bracia Koral częstowali lodami, Siemens kawą. W niedzielny ranek w sali spotkań czekało na nas śniadanie przygotowane przez OSM Łowicz.  Podsumowując był to weekend pełen wrażeń, pozytywnych emocji. Wyjechałam z Gdyni pełna inspiracji i motywacji. Dzięki wielkie i mam nadzieję, że do zobaczenia za rok!

P.S. Będą jeszcze dwa wpisy z Gdyni w tym tygodniu. Mam nadzieję, że zajrzycie do mnie. 🙂


4 Komentarze

Syrop z kwiatów czarnego bzu / Elderflowers cordial

W momencie kiedy pisałam ten tekst byłam  w jednym z moich ulubionych miejsc w Poznaniu, które jest zieloną oazą w środku dużego miasta. Rośliny z różnych zakątków świata, śpiew ptaków i wiewiórki biegające między drzewami (dzikie, nieoswojone tak, jak w warszawskich Łazienkach), to wszystko sprawia, że naprawdę można tu odpocząć. Zostać tylko ze swoimi myślami. Ławka, kawałek cienia, książka lub notatki do nauki. Tak, lubię się tutaj uczyć lub pisać teksty na bloga. Co to za miejsce? Niech to pozostanie tajemnicą aż do końca tego wpisu. 🙂

Wracając do kulinariów to dziś bohaterem jest hyćka, czyli czarny bez. Jeszcze kwitnie, więc warto z niego skorzystać. Pamiętajcie, że kwiaty należy zbierać w miejscach oddalonych od parkingów, ulic, miasta. Najlepiej rano, w słoneczne dni. Wtedy są najwartościowsze i mają najwięcej pyłku. Kwiaty można wykorzystać na wiele sposób np. usmażyć w cieście, przygotować z nich galaretkę czy też syrop. Właśnie na tej ostatniej propozycji chciałabym się dzisiaj skupić. Latem wystarczy go rozcieńczyć w wodzie, dodać kostki lodu i otrzymamy pyszny, orzeźwiający napój o charakterystycznym, intrygującym i głębokim smaku. Przyda się także do lodów, deserów, ciast. Natomiast zimą, w okresie obfitującym w przeziębienia wystarczy dodać go do ciepłej herbaty lub pić profilaktycznie np. 1 łyżeczkę samego syropu. Bez ma właściwości wzmacniające odporność.

I’ m writing this post and sitting in one of my favourite places in Poznań. It’s a green and quiet oasis in the center of a big city. Here I can totally rest. Perfect place to stay only with my own thoughts. Plants from whole world, singing birds and squirrel, which are running between trees. It all makes that here you can spent really great time by yourself or with family and friends. Here I like to read books in trees shadow or write my blog. Which place in Poznań it is? Check it and see at the end of this post. Now we should come back to the subject of this post. Elderflowers cordial . The elderflower season runs from late May to half/ end of June (it depend on weather) so now is perfect time to pick them and prepare something tasty like cordial, jelly or  frying elderflowers in cake. Remeber to pick elderflowers on a dry and sunny day. Refreshing and fragrant elderflower cordial is easy to make. Mix with sparking water and ice to create a delicious lemonade in Summer. Add to warm tea in Winter to prepare health and  bulding up yor resistance drink.

Składniki:

  • 20- 40 baldachów bzu czarnego
  • 1 litr wody
  • 1 kg cukru
  • sok 2 cytryn (do smaku)
  1. Z baldachów należy powycinać zielone łodyżki.
  2. Wodę zagotować i zalać nią kwiaty. Powinny być całkowicie pod wodą, inaczej zbrązowieją. Odstawić na 12-24 godz.  w chłodne miejsce.
  3. Następnie kwiaty należy odcedzić, do naparu dodać sok z cytryny, cukier i podgrzać aż do momentu, w którym cukier się rozpuści.
  4. Syrop przelać do wyparzonych słoików lub butelek i pasteryzować

Ingredients:

  • 20- 40 elderflowers umbels
  • 1 l water
  • 1 kg sugar
  • 2 lemons
  1.  Remove green stems from umbels. Boil water and add to to the flowers. Remember that flowers should be under water, otherwise they will turn brown. Leave to infuse for 12-24 hours.
  2. Strain the flowers. Put sugar and lemon juice to the flower water.
  3.  Gently heat, without boiling, until sugar has dissolved.
  4.  Store in sterilised bottles or jars (of course pasteurise).

Tym zagadkowym miejscem jest Ogród Botaniczny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. This mystery place is Botanic Garden in Poznań. 🙂

Smacznego! Bon Appétit! Enjoy!